Facebook
Instagram
YouTube

POZNAJCIE FLAWIĘ

Nareszcie – pomyślała zapewne pokaźna grupa fanek i fanów. Siódmy tom przygód Flawii de Luce w końcu doczekał sie tłumaczenia i polskiej edycji. Niemal równo dwa lata po premierze książki „Obelisk kładzie się cieniem” światło dziennie ujrzy „Jak kominiarzy śmierć w proch zmieni”. Cykl retro-kryminałów autorstwa kanadyjskiego pisarza Alana Bradleya, zdobył w naszym kraju liczne grono wiernych sympatyków, wciąż jednak nie zyskał popularności na jaką zasługuje. To dobry moment aby przypomnieć kim właściwie jest Flawia i jaka jest geneza jej fenomenu.

Bishop’s Lacey to typowa, spokojna cicha miejscowość, jakich pełno było na brytyjskiej prowincji w latach 50. XX wieku. Położona przy linii kolejowej w otoczeniu malowniczych lasów, łąk i pól przegrodzonych charakterystycznymi kamiennymi murkami. Na jej obrzeżu leży siedziba starego i szanowanego rodu de Luce – Buckshaw. Olbrzymie, ponure, podupadające gmaszysko, które lata świetności ma już dawno za sobą. Głową rodziny jest pułkownik Haviland de Luce, weteran II wojny światowej, zapalony filatelista, introwertyk, rzec by można że dziwak, który nie może pogodzić się ze śmiercią swej małżonki – Harriet, która zaginęła kilka lat wcześniej podczas wyprawy do Tybetu. Pod opieką Havilanda znajdują się 3 córki: Ofelia, typowa nastolatka, zainteresowana głównie swoją urodą, chłopakami i grą na fortepianie; nieco młodsza Dafne, mól książkowy, sypiąca jak z rękawa cytatami z klasycznej literatury oraz główna bohaterka 11-letnia Flawia. W Buckshaw mieszka też Dogger – były podkomendny pułkownika de Luce, zmagający się z  powojenną traumą ogrodnik, kamerdyner i złota rączka, rolę gosposi pełni swojska, ciepła i pełna empatii pani Mullet, znająca odpowiednie powiedzonko na każdą sytuację.

Flawia, jak na swój wiek nieprzeciętnie inteligentna, pasjonuje sie chemią, a zwłaszcza wszelakiej maści truciznami. Nieżyjący już wuj Flawii – Tarquin, pozostawił w Buckshaw po swojej śmierci doskonale wyposażone laboratorium, które stało się prawdziwym królestwem i azylem Flawii. Azylem z którego chętnie i często korzysta. Nasza bohaterka jest bowiem osobą niezwykle samotną – spędzający każdą wolną chwilę ze swoimi ukochanymi znaczkami ojciec zupełnie nie radzi sobie z wychowywaniem córek, Flawii praktycznie nie zauważa, nie potrafi nawiązać z nią jakiegokolwiek kontaktu, ich relacje są sztywne i formalne, zdają się być całkowicie pozbawione uczuć. Starsze siostry prześcigają się wymyślaniu złośliwości i dokuczaniu Flawii, która bezustannie planuje zemstę (rzecz jasna z użyciem całej gamy śmiercionośnych trucizn).  Flawia nie ma żadnych przyjaciółek ani nawet koleżanek, jedyną osobą przed którą potrafi się otworzyć jest Dogger. Nie dziwi więc, że większość czasu spędza wśród próbówek, retort i palników Bunsena przeprowadzając coraz to śmielsze eksperymenty chemiczne.

Flawia de Luce

Taką oto, niewątpliwie ekscentryczną rodzinę poznajemy na początku „Zatrutego ciasteczka” – pierwszego tomu sagi o przygodach Flawii de Luce. Całą serię można zakwalifikować jako kryminał, zgodnie więc z prawami gatunku główna bohaterka dość szybko znajduje trupa. Trup leży w przydomowym ogródku de Luce’ów, a konkretnie wśród grządek z ogórkami. Trup, który zaledwie kilka godzin temu odwiedził Buckshaw i odbył bardzo burzliwą dysputę z ojcem dziewczynki. Co więcej  znalazła ona wcześniej pod drzwiami domu martwego ptaka z nabitym na dziobie znaczkiem pocztowym.  A żeby było ciekawiej, rzekomy nieboszczyk nie okazuje się do końca martwy, w agonii wypowiada tylko jedno słowo: Vale!. I umiera. Flawia, przekonana że jej ojciec ma coś wspólnego z tajemniczymi zwłokami w ogródku, postanawia na własną rękę rozwikłać zagadkę morderstwa. I tak zaczyna się intryga kryminalna godna najlepszych dzieł gatunku, której bohaterka stanowi połączenie błyskotliwego umysłu młodszej wersji pani Marple z wyglądem i charakterem Wednesday Adams

W kolejnych tomach: „Badyl na katowski wór”, „Ucho od śledzia w śmietanie”, „Tych cieni oczy znieść nie mogą”, „Gdzie się cis nad grobem schyla”, „Obelisk kładzie się cieniem” i wreszcie w najnowszym: „Jak kominiarzy śmierć w proch zmieni”, nasza nastoletnia detektyw mierzy się z coraz to bardziej zawiłymi zagadkami kryminalnymi, a  czytelnicy poznają też coraz więcej faktów z tajemniczej i mrocznej przeszłości rodu de Luce’ów.

Choć z pozoru cała seria sprawia wrażenie skierowanej do młodzieży, jest wręcz przesycona klimatem kryminałów czy to Agaty Christie czy Artura Conana Doyle’a , zawiera też szereg odniesień do największych klasyków literatury, muzyki, historii czy nauk ścisłych, napisana jest też wspaniałym językiem, pełnym czarnego, typowo brytyjskiego poczucia humoru,  co sprawia, że lektura przygód Flawii sprawia satysfakcję nawet zdecydowanie dojrzalszym i wyrobionym czytelnikom. Seria oddając hołd kanoniczym dziełom gatunku, stanowi jednocześnie wspaniały przykład postmodernistyczny literatury na najwyższym poziomie. W młodych (nastoletnich) czytelnikach rozbudzi chęć do poznawania książek ambitniejszych, niż większość współczesnych młodzieżówek, starsi delektować się będą wysublimowanymi gierkami słownymi, czy popkulturowymi smaczkami. Mimo mrocznego, momentami charakterystycznego dla wręcz gotyckiej powieści klimatu, serię tę cenią także młodsi fani literatury – niezbyt wymagająca warstwa kryminalna, sprawia, że nawet rówieśnicy Flawii, którym często brak znajomości odpowiedniego kontekstu do okrycia wszystkich poziomów, czerpią prawdziwą satysfakcję z poznawania jej perypetii.

I choć to kryminały, to niejednego czytelnika bardziej niż na zagadkowe śmierci, zainteresują w nich elementy psychologii postaci, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że błyskotliwa i nieprzeciętnie inteligentna Flawia, to jednak tylko 11-letnia dziewczynka, pozbawiona matki, z nieradzącym sobie z własnymi problemami ojcem, krzywdzona przez starsze siostry, samotna i niezrozumiała. Zarówno ona jak i szereg innych, doskonale naszkicowanych przez Bradleya postaci drugo- i trzecioplanowych pojawiających się na kartach tej serii, mimo umieszczenia akcji w nieśpiesznych latach 50. XX wieku, prezentuje cechy i zachowania tak typowe dla dzisiejszych czasów. Nie dziwi więc, ze szereg fanek Flawii odnajduje w niej swe literackie alter ego.

18 października 2017 to data premiery najnowszego, siódmego tomu przygód Flawii de Luce. Tym razem Flawia opuszcza rodzinne Bishop’s Lacey i wyrusza do Kanady, do ekskluzywnej szkoły z internatem. Jednak i tym razem przyjdzie jej zmierzyć się kryminalną zagadką – już pierwszej nocy z jej kominka wypada pozbawione głowy ciało!

Jak kominiarzy śmierć w proch zmieni

Autor: Alan Bradley

Przekład: Marek Król

Wydawnictwo Vesper

format: 145×210 mm

stron: 362

oprawa miękka

ISBN 978-83-7731-275-9

EAN 97883773112759

cena detal. 29,90 zł

Patronat medialny: niestatystyczny.pl, czytam.pl

 

 

O książce:

Międzynarodowy bestseller!

 

 

„Jedenastoletnia Flawia de Luce to prawdopodobnie najbardziej oryginalna postać współczesnej prozy kryminalnej. Mówiąc, że to Pippi Pończoszanka z doktoratem z chemii (specjalność: trucizny), zaledwie zaczynamy ją opisywać”. – „Maclean’s”

 

 

Banitka! Tak właśnie jedenastoletnia Flawia de Luce lamentuje nad swym trudnym położeniem, kiedy odkrywa, że jej ojciec i ciocia Felicja wysłali ją za ocean do Kanady, do Żeńskiej Akademii panny Bodycote – szkoły z internatem, do której niegdyś uczęszczała także jej mama, Harriet. Zanim jeszcze nastał pierwszy poranek niewoli, u jej stóp wylądował podarunek od losu. Ponieważ Flawia to Flawia – dobrze zapowiadająca się chemiczka i detektyw – tym podarunkiem jest okopcone i zmumifikowane ciało, które wypada z ceglanego komina. Od tej chwili, uczęszczając na lekcje, zdobywając przyjaciół (oraz wrogów), a także oceniając surową dyrektorkę szkoły i jej ciało pedagogiczne (które ma w swym gronie między innymi uniewinnioną morderczynię), Flawia stara się jednocześnie ustalić tożsamość ofiary, czas śmierci, podejrzanych, motywy i środki. Krążą pogłoski, że akademia jest nawiedzona, a kilka dziewcząt zniknęło bez śladu. Kiedy dochodzi do rozwiązania tych zagadek, Flawia staje na wysokości zadania, lecz nie zna jeszcze swego prawdziwego przeznaczenia.

 

„Równie uzależniająca jak gorzka czekolada, równia angielska jak Lark Ascending Ralpha Vaughana Williamsa”. – „Daily Mail (Wielka Brytania)

PRZECZYTAJ FRAGMENT "JAK KOMINIARZY ŚMIERĆ W PROCH ZMIENI"

PROLOG

 

Jeśli jesteśmy do siebie choć trochę podobni, z pewnością uwielbiacie rozkład. Przyjemnie jest sobie porozmyślać o tym, że to gnicie i rozpad napędzają ten świat.

Kiedy w lesie pada wiekowy dąb, niemal natychmiast zaczynają go pożerać niewidzialni drapieżcy. Wyspecjalizowane hordy bakterii oblegają swoją ofiarę równie metodycznie jak armia barbarzyńców atakująca twierdzę wroga. Zadaniem pierwszej falangi jest rozłożenie białkowych form uszkodzonego drewna na amoniak. Z nim łatwo już sobie radzi kolejna kohorta, która przerabia tę smrodliwą substancję na azotyny, a te po utlenieniu przechodzą w azotany – cenny nawóz dla gleby, z której wyrosną pędy kolejnych dębów.

Cud chemii pozwala mikroskopijnym formom życia rozłożyć kolosa na czynniki proste. Lasy rodzą się i umierają, powstają i giną, przypominając w tym rzuconą do góry, wirującą monetę: orzeł… reszka… życie… śmierć… życie… śmierć… i tak dalej – od momentu Stworzenia aż po najdalsze krańce czasu.

Moim zdaniem to jest cholernie wspaniałe.

Wydane na łaskę ziemi ludzkie zwłoki przechodzą ten sam podstawowy, trzyetapowy proces: mięso – amoniak – azotany.

Jeśli jednak szczelnie zawiniemy ciało w brudną flagę i wepchniemy na nie wiadomo ile do komina, żeby się spiekło i zmumifikowało w gorącu i w dymie – aaa to już całkiem inna historia!

 

 

JEDEN

 

– Banitka! – wrzeszczał dziki wiatr, siekąc mnie po twarzy.

– Banitka! – ryczały wściekłe fale, obryzgując mnie lodowatą wodą.

– Banitka! – wyły. – Banitka!

Nie znam smutniejszego słowa. Już sam jego dźwięk – jak echo zatrzaskujących się za wami żelaznych wrót i zasuwanych stalowych rygli – powoduje, że włosy jeżą się na głowie, prawda?

Banitka!

Wykrzyczałam to słowo na wiatr, którzy natychmiast rzucił mi je z powrotem w twarz.

– Banitka!

Stałam na skaczącym w górę i w dół dziobie R.M.S. Scythia z otwartymi ustami. Miałam nadzieję, że solny aerozol usunie z nich ten nieprzyjemny posmak – posmak mojego dotychczasowego życia.

Gdzieś tam za nami, tysiąc mil[1] za wschodnim horyzontem, została wioska Bishop’s Lacey i Buckshaw – mój dawny dom, w którym mój ojciec, pułkownik Haviland de Luce, oraz siostry, Ofelia i Dafne, zdążyli już pewnie wrócić do dawnego beztroskiego życia. Jakby mnie nigdy nie było na świecie.

Już o mnie zapomnieli. Byłam tego pewna.

Tylko nasi wierni służący, Dogger i pani Mullet, uronili może gdzieś ukradkiem łzę po moim odjeździe, ale z czasem i im pozostanie po Flawii jedynie mgliste wspomnienie.

Tymczasem tu, na rozszalałym Atlantyku, dziób Scythii wyciągał się z morza w górę… i w górę… i w górę, wspinając się bardzo deprymująco ku niebu, żeby zaraz potem ze straszliwym głuchym łoskotem runąć w dół. Wzbijał przy tym na bakburcie i sterburcie[2] ogromne, białe, wodne skrzydła, tak że w sumie to było jak jazda na oklep na wielkim stalowym aniele płynącym żabką.

Chociaż mieliśmy dopiero początek września, morze oszalało. Natknęliśmy się na pozostałości tropikalnego huraganu, które od dwóch dni miotały nami jak wyrzuconym do morza nikomu niepotrzebnym korkiem.

Wszyscy poza kapitanem i mną – tak mi się przynajmniej wydawało – zlegli na swych kojach, więc kiedy człowiek szedł na obiad, zataczając się po uciekającym spod nóg korytarzu, słyszał tylko trzeszczenie naprężonej stali i dochodzące zza zamkniętych drzwi kajut niezliczone odgłosy wypróżniania żołądków. Przy dziewięciuset pasażerach ten dźwięk działał bardzo otrzeźwiająco.

Jeśli chodzi o mnie, najwyraźniej mam naturalną odporność na wybryki morza. Odziedziczyłam ją, jak sądzę, po przodkach-żeglarzach takich jak Tadeusz de Luce, który podczas bitwy pod Trafalgarem – choć był jeszcze chłopcem – podał podobno lemoniadę konającemu admirałowi Nelsonowi, trzymając go za zimną, wilgotną dłoń.

Wbrew powszechnej opinii ostatnie słowa Nelsona to nie słynne „Pocałuj mnie, Hardy” skierowane do kapitana okrętu Victory Thomasa Hardy’ego. W rzeczywistości brzmiały one „Pić… pić…, wachluj… wachluj…, masuj… masuj…”, a adresatem gorączkowego admiralskiego szeptu był właśnie młody i niewinny Tadeusz, który choć tonął we łzach na widok swego śmiertelnie rannego idola, robił co tylko mógł, żeby życie towarzyskie tego wielkiego człowieka nie uległo ostatecznej krystalizacji.

Wiatr szarpał mnie za włosy i próbował ze mnie zerwać cienką jesionkę. Wciągałam do płuc przesycone solą powietrze tak głęboko, jak tylko mogłam, a morska woda, która mgiełką osiadła mi na twarzy, spływała teraz po niej strumieniami.

Nagle jakaś ręka brutalnie chwyciła mnie za ramię.

– Co ty tu do licha robisz?

Przestraszona odwróciłam się błyskawicznie, próbując jednocześnie wyśliznąć się z uchwytu.

No tak – Ryerson Rainsmith.

– Co ty tu do licha robisz? – powtórzył. Należał do tych, którzy sądzą, że zadając dwa razy to samo pytanie, automatycznie zyskuje się przewagę.

Najlepiej wcale im nie odpowiadać.

– Wszędzie cię szukam. Dorsey wychodzi z siebie.

Już chciałam zapytać: „To teraz we dwie będą mi siedzieć na głowie?”, ale nie zapytałam.

Nic dziwnego, że mając alternatywę w postaci imienia Dorsey, nazywał ją „Dodo” (kiedy myślał, że są sami).

– Baliśmy się, że wypadłaś za burtę. Natychmiast chodź na dół. Idź do kajuty i włóż coś suchego. Wyglądasz jak zmokła kura.

Przesadził. Miara się przebrała.

Ryersonie Rainsmisie, pomyślałam, twoje dni… nie – twoje godziny są policzone!

Pomyślałam, że mogłabym pójść do tego młodego, przystojnego lekarza, którego poznałam dwa dni wcześniej podczas kolacji. Powiem, że boli mnie brzuch i poproszę o wodorowęglan sodu[3]. Zdrowa dawka tego specyfiku (uśmiechnęłam się na słowo „zdrowa”) w butelce szampana, z którą Rainsmith właściwie się nie rozstawał, załatwi sprawę.

Wodorowęglan sodu, jeśli przyjmie się go na pełny żołądek (bez obaw – żołądek Ryersona Rainsmitha zawsze był pełny!), w połączeniu z musującym alkoholem tworzy zabójczą mieszankę. Zaczyna się od bólu głowy, który z minuty na minutę staje się coraz bardziej dotkliwy; potem pojawia się splątanie, silny ból brzucha, a na koniec niedowład, rzadki stolec przypominający mieloną kawę i drżenie mięśni przechodzące w drgawki. Wszystkie klasyczne symptomy alkalozy[4]. Zasugeruję, żeby wyprowadzili go na pokład, bo spacer dobrze mu zrobi. Hiperwentylacja, którą mu zafunduję, każąc głęboko wdychać „świeże i orzeźwiające powietrze”, będzie jak dolanie oliwy do ognia i przyspieszy cały proces.

Gdyby udało mi się podnieść pH[5] jego krwi do 7,65, miałby takie same szanse na przeżycie, jak śniegowy bałwan w piekle. Skonałby w męczarniach.

„Już idę”, rzuciłam obrażonym tonem i w tempie sennego ślimaka ruszyłam za nim w stronę rufy przez rozkołysany fordek[6].

Trudno sobie wyobrazić, pomyślałam, że naprawdę oddali mnie w ręce tej zjełczałej bryły człowieczeństwa. Równie trudno było zapomnieć, w jakiej sytuacji do tego doszło.

 

Wszystko zaczęło się od tej okropnej sprawy z Harriet – moją matką. Dziesięć lat po tym, jak zaginęła w Tybecie, powróciła do Buckshaw w okolicznościach tak bolesnych, że mózg nadal nie pozwalał mi o tym myśleć dłużej niż przez kilka sekund i gdy tylko przekraczałam ten limit, wewnętrzny cenzor przecinał nić mojej pamięci równie łatwo, jak Atropos – ta przerażająca trzecia Parka – przecina (podobno) nożycami nić życia, gdy nadchodzi koniec.

W efekcie tego wszystkiego postanowiono wyekspediować mnie do Kanady, do Żeńskiej Akademii panny Bodycote (Harriet też kiedyś była jej uczennicą). Miałam tam zostać przeszkolona do pełnienia jakiejś uświęconej tradycją, dziedzicznej roli, której szczegóły nadal jednak przede mną ukrywano.

– Po prostu będziesz musiała się tego nauczyć – oznajmiła ciocia Felicja – choć z czasem zrozumiesz, że najlepszym i najmądrzejszym nauczycielem jest Obowiązek.

Nie byłam do końca pewna, co miała na myśli, ale ponieważ zajmowała w tym tajemniczym czymśtam bardzo wysoką pozycję, nie należało z nią dyskutować.

– To coś w rodzaju ‘Firmy’, prawda? – zapytałam. – Tak o sobie mówią członkowie Rodziny Królewskiej…

– Coś w tym guście, odparła ciocia Felicja. – Z tą różnicą, że oni mogą abdykować, a my nie.

To na skutek jej nalegań spakowano mnie jak tłumok pełen gałganów i wrzucono na statek płynący do Kanady.

Pewne protesty (zwłaszcza pastora i jego żony) wzbudził oczywiście fakt, iż mam jechać sama. Dyskutowano, czy w transatlantyckiej podróży nie mogłaby mi towarzyszyć Fela i jej narzeczony Dieter Schrantz, jednak odrzucono ten pomysł, uznając, że byłoby to niestosowne, a poza tym pełnioną przez Felę funkcję organistki u św. Tankreda zaliczono do podstawowych usług komunalnych.

Wtedy swoją kandydaturę zgłosiła żona pastora Cynthia Richardson. Choć w przeszłości różnie się między nami układało, ostatnimi czasy byłyśmy wielkimi kumpelkami (ten życiowy zwrot był tak niespodziewany, że nadal trudno mi było w niego uwierzyć). Kiedy męża nie było w pobliżu, Cynthia potrafiła świetnie się bawić i wbrew samej sobie znowu stawała się młodą dziewczyną. Pastor byłby przerażony, gdyby wiedział, ile herbaty wychlapałyśmy na kamienną posadzkę kuchni na plebanii, wijąc się w spazmach histerycznego śmiechu.

Niestety ta kandydatura też przepadła. Okazało się, że podobnie jak Fela, także Cynthia była zbyt ważna, aby można ją było wypuścić. Bez niej nie byłoby kościelnego terminarza, kościelnych biuletynów, kwiatów na ołtarz, domowych wizyt, drużyny skautek, czystych sutann i komży, posiłków dla pastora – lista nie miała końca.

Wiedziałam, że jest bardzo zawiedziona. Sama mi to wyznała.

– Tak bym chciała zobaczyć Kanadę – powiedziała. – Mój ojciec w młodości pracował jako retman… no wiesz, flisak. Spławiał drewno rzeką Ottawa. Potem zamiast bajek opowiadał mi na dobranoc przerażające historie o loup-garou, wilkołaku, który żyje w kanadyjskich lasach, i o tym jak podczas zawodów w toczeniu kłód skąpał Olego Bulla i Big Jacques’a Laroque’a. Obu tego samego ranka.

Miałam nadzieję, że też kiedyś włożę nabijane kolcami buty i wskoczę na taką kłodę – dodała smutno. – Ale chyba już nie będzie okazji.

Miałam łzy w oczach, widząc, jak siedzi przy kuchennym stole i apatycznie wpatruje się we własną przeszłość.

– Służebnice Ołtarza też bywają niebezpieczne – zażartowałam, chcąc ją rozbawić, ale chyba nie usłyszała.

Jeszcze tego samego popołudnia ciocia Felicja oznajmiła, że problem został rozwiązany. Z Żeńskiej Akademii panny Bodycote przyszła wiadomość, że we wrześniu będzie wracał do kraju przewodniczący jej rady opiekuńczej, który spędzał lato w Anglii.

Przez kilka dni polował z jednym z naszych sąsiadów, Lordem Crowsborough, i jak zapewnił, nie ma problemu – może wpaść i mnie zabrać. Jakbym była pustą butelką na mleko!

Nigdy nie zapomnę dnia, w którym zjawił się w Buckshaw w pożyczonym Bentleyu (dodajmy, że spóźnił się dobre półtorej godziny). Wyskoczył z samochodu i natychmiast rzucił się na drugą stronę, żeby otworzyć drzwi Dorsey, królowej Saby, która wygramoliła się z maszyny jak bocian z jaja. Stanęła, mrugając powiekami we wrześniowym słońcu, jakby właśnie wybudzono ją z hipnozy. Opięta turkusową jedwabną suknią, na głowie chustka „pod kolor”, a na wargach o wiele za dużo karminowej szminki. Muszę coś jeszcze dodawać?

– Ach, Ryersonie – zagruchała, spoglądając na nasze rodowe gniazdo – jak tu uroczo! Taki stareńki grajdołek! Dokładnie tak, jak mówiłeś!

Ryerson Rainsmith stał zadowolony z siebie w letnim garniturze w kolorze mrożonej kawy i zwarzonej śmietany, z kciukami zatkniętymi za żółtą kamizelę, bębniąc palcami po obfitym brzuchu. Przypominał kuropatwę.

Ojciec, który stanął w głównych drzwiach, żeby go przywitać, wyszedł na żwirowy podjazd i podał mu rękę.

– Pułkownik de Luce, jak sądzę – powiedział Rainsmith takim tonem, jakby właśnie wyświetlił jakąś wielką tajemnicę. – Chciałbym panu przedstawić moją żonę Dorsey. Podejdź kochanie, podaj rękę panu dziedzicowi. Nie co dzień trafia się taka okazja. Ha, ha, ha. – Jego śmiech był żenująco sztuczny. – A to musi być nasza mała Flawia!

W tym momencie facet był już w zasadzie martwy.

– A ja jestem pan Rainsmith – rzucił, podtykając mi wilgotną łapę pod sam nos.

Dogger przestrzegał mnie kiedyś, żebym nie ufała ludziom, którzy przedstawiają się jako „pan” albo „pani”. Ten grzecznościowy tytuł jest przejawem szacunku, oświadczył, i mogą nas nim obdarzyć inni, ale nigdy, przenigdy, w żadnych okolicznościach nie możemy tego zrobić sami.

Zignorowałam wyciągniętą rękę.

– Szanowanie! – rzuciłam.

Ojciec zesztywniał, a jego oczy gwałtownie się zwęziły. Doskonale wiedziałam, co dzieje się w jego głowie. Pochodził z epoki, w której dżentelmena uczono, że maniery są wszystkim, a jedynym pewnym sposobem na porażkę w starciu z filistrem, jest utrata panowania nad sobą i przyznanie, że zdołał nas czymś dotknąć. Umiejętność zachowania kamiennej twarzy w obliczu zniewagi podszlifował jeszcze podczas lat spędzonych w japońskim obozie jenieckim.

– Zapraszam do środka – powiedział, wskazując otwarte drzwi. Miałam ochotę go kopnąć, a jednocześnie uściskać. Duma z własnego rodziciela przyjmuje niekiedy bardzo osobliwe formy.

– Jaki uroczy stary hol! – powiedziała Dorsey Rainsmith. Jej głos był ostry jak stary ser, a słowa odbijały się od ciemnej boazerii nieprzyjemnym echem. – W naszym salonie w Toronto też mamy problemy z pękającą politurą, prawda Ryersonie? Smithers, nasza złota rączka, mówi, że to z nadmiaru gorąca albo z nadmiaru zimna.

– Albo ze starości – dorzuciłam.

Ojciec obrzucił mnie z pozoru niewinnym spojrzeniem, ale ja wiedziałam, co ono oznacza.

W salonie nie czekając na zaproszenie Rainsmithowie rozsiedli się wygodnie, a my z Ojcem przycupnęliśmy na krzesłach, które łaskawie pozostawili do naszej dyspozycji.

Po chwili – jak zwykle w idealnie trafionym momencie – zjawił się Dogger i zaproponował herbatę. Gołym okiem było widać, że są pod wrażeniem.

– Dziękuję, Dogger – powiedziałam. – I przekaż, proszę, podziękowania pani Mullet.

To była taka nasza gra – Doggera i moja – gra o tak subtelnych regułach, że nikt poza najbliższą rodziną nie miał szans się w nich połapać.

– Nie ma za co, panno Flawio – odparł Dogger. – To dla nas wielka przyjemność, że możemy być państwu przydatni.

– Tak, tak, dziękuję wam, Dogger – rzucił Ryerson Rainsmith, jak ktoś, kto traci grunt pod nogami i miota się rozpaczliwie, żeby za wszelką cenę utrzymać się na powierzchni.

– I tej waszej pani Mullet też – dodała jego żona.

Dogger uśmiechnął się do nich ćwierćgębkiem i zniknął w typowy dla siebie sposób.

Po chwili do pokoju weszły Dafi i Fela. Udając, że nie mogą znieść myśli o moim wyjeździe, pogaworzyły chwilę z Rainsmithami (ich uprzejmość była po prostu nie do zniesienia!), a potem odpłynęły – jedna do swojej książki a druga do osobistego lusterka.

Chyba jednak nie ma sensu dalej rozwodzić się nad szczegółami tamtego fatalnego popołudnia.

Zawyrokowano, że Rainsmithowie będą moimi opiekunami podczas podróży do Kanady i odstawią mnie bezpiecznie pod same drzwi Żeńskiej Akademii panny Bodycote.

– Opiekunowie? – powiedziała po ich wyjściu Dafi. – Chyba należałoby powiedzieć „cicerone”. – Pomyślcie no tylko: nasza Flawia na Wielkim Objeździe![7] Mam nadzieję, głupia szczęściaro, że umiesz to docenić. Oddałabym wszystko, żeby być na twoim miejscu.

Rzuciłam w nią rakietą do tenisa, która akurat nawinęła mi się pod rękę, ale trochę mi zabrakło i nie trafiłam.

[1] Około 2 tysiące kilometrów (1 mila morska to ok. 1850 metrów).

[2] Odpowiednio: lewa i prawa burta statku.

[3] Inaczej soda oczyszczona.

[4] Inaczej zasadowica; zaburzenie polegające na wystąpieniu podwyższonego poziomu zasad we krwi.

[5] Według skali pH oznacza się kwasowość lub zasadowość wodnych roztworów rozmaitych związków chemicznych.

[6] Pokład dziobowy.

[7] Ang. „Grand Tour”; podróż po najciekawszych zakątkach Europy będąca niegdyś obowiązkowym elementem edukacji arystokratycznej młodzieży.

Oceń