Pierwszy patrol

Monte Cassino, 18 maja 1944 roku, godzina 9:30.
Czternastu ludzi ostrożnie wspinało się stromym zboczem ku ruinom klasztoru.Rozglądali się dookoła, trzymając palce na spustach thompsonów. Ich dowódca, 26-podporucznik intensywnie wpatrywał się w ruiny wspaniałej niegdyś budowli próbując dostrzec jakiekolwiek oznaki życia.
Co prawda niedawno zobaczył przez lornetkę białą szmatę wywieszoną na murach, ale przecież to mógł być podstęp…
Słońce przypiekało coraz mocniej. Twarze oblewały się potem, a dech zapierał wszechobecny smród rozkładających się ciał.
Dwóch żołnierzy wysforsowało się do przodu. Podeszli do zagradzającego wejście do klasztoru stosu gruzów i powoli, starając się robić jak najmniej hałasu, wspięli się na niego.
Dziedziniec klasztoru sprawiał upiorne wrażenie. Zryty pociskami i bombami, pokryty gruzem, z niepochowanymi trupami Niemców nad którymi brzęczały muchy.
Ze sterty gruzów przy wejściu zsunął się na dziedziniec kolejny żołnierz. Podbiegł do półotwartych drzwi i wetknął do środka lufę thompsona.
- Hande hoch, oder ich schiesse!
Odpowiedział mu stłumiony jęk. Po chwili ze środka zaczęli wychodzić jeńcy. Słaniający się na nogach, brudni, zarośnięci, w strzępach mundurów i bandaży.
Za kupą gruzów znajdował się niewielki otwór. Dowódca patrolu wsadził głowę do środka i natychmiast ją cofnął. Straszliwy zaduch dosłownie odebrał mu oddech. Po chwili zajrzał tam jeszcze raz.
Wśród worków i skrzyń, z których wydobywał się potworny smród leżało trzech ciężko rannych Niemców. Ten leżący najbliżej wejścia, z pogruchotaną lewą nogą na chwilę odzyskał przytomność i spojrzał na Polaka.
- Hilfe… – wyszeptał i stracił przytomność.

Zmagania pod Monte Cassino trwały od stycznia 1944 roku. Znakomicie wyszkoleni i rozlokowani niemieccy spadochroniarze topili we krwi kolejne szturmy aliantów. Operacje „Shingle”, „Avenger” i „Dickens” zakończyły się masakrą sprzymierzonych, a zbocza diabelskiego wzgórza pokryły się trupami tysięcy Brytyjczyków, Amerykanów, Nowozelandczyków i Gurkhów. Na domiar złego w lutym Amerykanie zbombardowali klasztor. Niemcy wynieśli się z niego na czas bombardowania i wrócili zaraz po nim. Z kupy gruzów, w którą zamienił się klasztor broniło im się znacznie lepiej.
Bomby nie naruszyły grubych murów przyziemia i nie zniszczyły rozległych piwnic kompleksu, w których niemieccy spadochroniarze natychmiast utworzyli bardzo silne punkty oporu.
Podczas trzech szturmów alianci stracili ponad pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy.
Główną siłę czwartego szturmu stanowili Polacy. II Korpus był co prawda dobrze wyposażony i wyszkolony, ale do tej pory nie uczestniczył w walce. Monte Cassino miało być jego chrztem bojowym.
Alianckie dowództwo wyznaczyło Polaków do frontalnego ataku na klasztor. Sprzeciwiał się temu Naczelny Wódz generał Sosnkowski, który proponował, by obejść fatalne wzgórze. Wbrew opiniom swojego przełożonego dowódca Korpusu generał Anders przyjął zadanie.
Zadecydowały o tym względy polityczne. W ciągu czterech miesięcy Monte Cassino zyskało sławę niezdobytej niemieckiej twierdzy. Opanowanie wzgórza przez Polaków wzmocniłoby autorytet rządu w Londynie, dodało odwagi społeczeństwu w okupowanym kraju i zadało kłam stalinowskiej propagandzie, która zarzucała Polskim Siłom Zbrojnym na Zachodzie tchórzostwo i unikanie walki.
Szturm rozpoczął się 11 maja o godzinie 23:00 intensywnym ostrzałem artyleryjskim. Dwie godziny później Polacy ruszyli do walki. Szli do ataku w środku nocy, na nieosłonietym terenie zrytym wybuchami tysięcy pocisków i najeżonym niemieckimi stanowiskami ogniowymi.
Dwugodzinny ostrzał nie zdołał zniszczyć niemieckich punktów oporu. Niemcy urządzili swoje gniazda w litych skałach i betonowych bunkrach ukrytych za zasiekami drutu kolczastego i rozległymi polami minowymi. Polacy musieli osobno zdobywać każde umocnienie.
Nie działała łączność telefoniczna – niemieckie pociski poszarpały kable i poszczególne oddziały nie miały ze sobą kontaktu. Na domiar złego pierwszego dnia szturmu poległa większość dowódców.
Walki na wzgórzu Monte Cassino są uważane za najpardziej zacięte zmagania II Wojny Światowej. Przeciwników dzieliły dosłownie metry, więc często strzelali do siebie niemal z przyłożenia. Wielokrotnie dochodziło do walki wręcz, na noże i kolby. Niemcy dysponowali świetnym systemem wykorzystania broni maszynowej połączonym z ogniem moździerzy. Każdy krok pod górę kosztował litry krwi.
W nocy z 17 na 18 maja Niemcy opuścili klasztor obawiając się okrążenia przez aliantów. Wczesnym rankiem 18 maja na ruinach klasztoru wywieszono białą flagę.
Około godziny ósmej rano podporucznik Kazimierz Gurbiel, dowódca plutonu karabinów maszynowych z 12. Pułku Ułanów Podolskich otrzymał rozkaz objęcia dowództwa nad kilkunastoosobowym patrolem i udania się do klasztoru. Mimo widocznej nad nim białej flagi żołnierzom nakazano najwyższą czujność. Obawiano się podstępu Niemców.

Droga na szczyt wzgórza zajęła żołnierzom półtorej godziny. Po drodze mijali rozbite niemieckie stanowiska, potrzaskane pociskami wraki samochodów i czołgów i gnijące trupy, których nikt jeszcze nie pochował. Z oddali dochodził odgłos pojedynczych strzałów – na Monte Cairo ciągle siedzieli Niemcy.
O godzinie 9:30 patrol dotarł pod mury zrujnowanego klasztoru. Jako pierwsi na teren opactwa weszli starszy ułan Leon Szczepulski i wachmistrz Antoni Wróblewski. Za nimi pojawił się starszy ułan Wilhelm Wadas. To właśnie on podbiegł do drzwi i kazał Niemcom wychodzić z podniesionymi rękami.
Wyszło ich osiemnastu. Byli skrajnie wyczerpani, brudni, głodni i zarośnięci. Na widok biało-czerwonych plakietek na ramionach ułanów zbledli ze strachu. Byli pewni, że zostaną natychmiast  rozstrzelani.
Dowódca patrolu podporucznik Gurbiel kazał Wadasowi, który jako Ślązak znakomicie znał język niemiecki wytłumaczyć Niemcom, że nic im się nie stanie.
Gurbiel również znał dobrze niemiecki, ale celowo posłużył się tłumaczem, by podkreślić, że wzgórze zdobyli Polacy.
Potem poczęstował jeńców papierosami i kazał odprowadzić ich do dowództwa pułku. Sam zaczął rozglądać się po rumowisku. W pewnym momencie znalazł ukryty za stertą gruzów otwór w jednej ze ścian klasztoru. Zajrzał do środka i włosy stanęły mu dęba. Była to jedna z krypt, w której Niemcy urządzili lazaret. Przy ołtarzu leżały skrzynie i worki, z których wystawały ręce i nogi rozkawałkowanych trupów. Zrozumiał, że wobec ciągłego ostrzału artyleryjskiego Niemcy nie mogli pochować swoich zabitych, więc poupychali ich w czym mogli. Pośród tych makabrycznych tymczasowych trumien leżało na ornatach trzech ciężko rannych Niemców. Jeden z nich na moment odzyskał przytomność i poprosił Polaka o pomoc. Gurbiel zawołał swoich ułanów i kazał opatrzyć rannych.

Wychodząc z tej potwornej krypty natknął się na jakiegoś Kanadyjczyka, który wściekł się widząc, że klasztor jest już w polskich rękach. Chwilę potem na teren opactwa wszedł kolejny polski patrol dowodzony przez porucznika Hrynkiewicza. Jeden z żołnierzy tego patrolu, ułan Józef Bruliński miał ze sobą naprędce uszyty amarantowo-granatowy proporzec. Na prośbę Gurbiela zaczął się wspinać z nim na ruiny. Po dłuższej chwili na najwyższym punkcie klasztoru Monte Cassino załopotał proporczyk 12. Pułku Ułanów Podolskich. Zaraz potem dołączyła do niego biało-czerwona flaga.
Na teret klasztoru wchodzi coraz więcej ludzi. Pojawiają się Brytyjczycy i Kanadyjczycy. Są też amerykańscy korespondenci wojenni. W świat idzie wiadomość, że Monte Cassino zdobyli Polacy.

Po bitwie II Korpus kontynuował szlak bojowy. Niecałe dwa miesiące później 7 lipca 1944 roku podczas walk pod Capella San Ignazio podporucznik Kazimierz Gurbiel został ciężko ranny i stracił nogę. Wojna się dla niego skończyła.
Z wielkim trudem przystosował się do życia w cywilu. Osiadł w Szkocji, ożenił się, a po roku na świat przyszła córka Grażyna. Założył w Glasgow sklep z galanterią skórzaną. Po osiemnastu latach spędzonych w Szkocji Gurbielowie wyemigrowali do USA. Tam również nie było łatwo. Aby utrzymać rodzinę Kazimierz podejmował się każdej pracy. Był operatorem maszyn dziewiarskich, barmanem, a także śmieciarzem. W 1974 roku zdecydował się na powrót do rodzinnego Przemyśla.
18 marca 1983 roku jeden z kanałów zachodnioniemieckiej telewizji wyemitował program poświęcony Drugiej Wojnie, w którym wystąpił niejaki Manfred Franz Hoflehner – rzekomy weteran walk pod Monte Cassino. Powiedział on milionom widzów, że polski patrol, który 18 maja 1944 roku wszedł na teren klasztoru na rozkaz swego dowódcy bestialsko wymordował pozostałych przy życiu Niemców przez poderżnięcie im gardeł.
Wybuchł ogromny międzynarodowy skandal. Organizacje kombatanckie w Polsce i na emigracji zażądały odwołania haniebnych oskarżeń grożąc oszczercy sądem. Niemiecki historyk Alexander Tipit przeprowadził drobiazgowe śledztwo, które wykazało, że Polacy po zdobyciu klasztoru potraktowali jeńców w sposób bardzo humanitarny. To było jednak za mało, by zmazać kłamstwo, które zdążyło zatruć opinię publiczną. Potrzebny był naoczny niemiecki świadek tamtych wydarzeń.
I taki świadek się znalazł.
Okazało się, że w Anglii niedaleko Wakefield mieszka niemiecki weteran spod Monte Cassino – obergefreiter Robert Frettlohr z 1. Dywizji Strzelców Spadochronowych.
Był on tym rannym spadochroniarzem, który leżąc w krypcie odzyskał na chwilę przytomność i poprosił Kazimierza Gurbiela o pomoc.
Dowiedziawszy się o całej sprawie, zbulwersowany kalumniami rzucanymi na polskich żołnierzy skontaktował się ze Stowarzyszeniem Polskich Kombatantów w Londynie i 13 lipca 1985 roku złożył pod przysięgą oświadczenie oczyszczające żołnierzy podporucznika Grubiela z podłych zarzutów.
Oszczerstwa zostały publicznie odwołane w zachodnioniemieckiej telewizji w listopadzie 1986 roku.
Robert Frettlohr zapragnął spotkać się jeszcze raz z polskim żołnierzem, którego zobaczył w owej potwornej krypcie.
W sierpniu 1985 roku Kazimierz Gurbiel wracał do Polski z Waszyngtonu, gdzie odwiedzał swoją córkę. Na lotnisku we Frankfurcie nad Menem czekał na niego dawny jeniec. Obaj żołnierze przegadali ze sobą kilka godzin. Potem utrzymywali ze sobą stały kontakt listowny.
Cztery lata później, 18 maja 1989 roku spotkali się ponownie na obchodach 45. rocznicy bitwy pod Monte Cassino. Razem zeszli do krypty – miejsca ich pierwszego spotkania. Frettlohr przedstawil Gurbiela grupie niemieckich weteranów bitwy, po czym razem złożyli wieniec na cmentarzu polskich żołnierzy. Polscy weterani uczynili to samo na cmentarzu niemieckim.

Kazimierz i Robert umówili się na kolejne spotkanie w 50. rocznicę bitwy.
Niestety, Kazimierz Gurbiel, dowódca pierwszego polskiego patrolu na Monte Cassino tej rocznicy nie doczekał. Zmarł w Przemyślu 27 stycznia 1992 roku.

Przeczytaj także:
Szeregowy Wojtek – niedźwiedź z armii Andersa
Ojciec Patriotów
Walka i przyjaźń

Źródło:

Jan Miszczak, Przemyślanin Kazimierz Gurbiel pierwszy na Monte Cassino, http://www.nowiny24.pl, Dostęp 20.05.2011
Zenon Andrzejewski, Dwa spotkania dwóch wrogów, http://www.kki.pl, Dostęp 20.05.2011
Jan Miszczak, Cisza po wielkiej bitwie, http://www.kki.pl, Dostęp 20.05.2011
Zenon Andrzejewski, Oni byli pierwsi, http://12pulkulanow.pl, Dostęp 20.05.2011
Zdzisław Besz, Czerwone maki, Super Nowości, 18.05.2005
Włodzimierz Kalicki, 18 maja 1944. No to gramy!, Gazeta Wyborcza, 20.05.2008