…a na Tygrysy mają visy

Historycy do dzisiaj spierają się o liczbę niemieckich pojazdów pancernych użytych do tłumienia Powstania Warszawskiego. Jedni twierdzą, że było ich kilkadziesiąt, inni – że kilkaset. Prawda zapewne kryje się gdzieś pośrodku. Równie burzliwe dyskusje wzbudza ilość pojazdów zniszczonych przez powstańców. Padają różne liczby – od 30, aż do… 300. Paradoksalnie – obie mogą być prawdziwe.
Niemcy za zniszczony pojazd uważali taki, który nie nadawał się do użytku lub został porzucony na terenie zajętym przez wroga. Powstańcy zaś za zniszczony uznawali każdy pojazd, który został wyeliminowany z walki, choćby chwilowo. Wielokrotnie zdarzało się więc, że np. Pantera z rozerwaną granatem gąsienicą była odholowywana przez Niemców, naprawiana w warsztacie, po czym wracała na pole walki, gdzie była „niszczona” przez powstańców ponownie. Częste były również przypadki, kiedy jeden zniszczony pojazd przypisano kilku powstańczym oddziałom. Stąd te rozbieżności.
Dodatkowy chaos wprowadzała propaganda i to zarówno niemiecka, jak i AK-owska. Niemcy zaniżali swoje straty, AK-owcy je wyolbrzymiali. Oba te działania są w warunkach wojennych zrozumiałe.
AK-owski „Biuletyn Informacyjny” donosił na początku sierpnia o zdobyciu kilku niemieckich Panter, z których „wymontowano wieżyczki, które użyto do wzmocnienia polskich barykad”.
Zdemontowanie takiej wieżyczki było niemożliwe bez użycia specjalistycznych narzędzi, których powstańcy nie posiadali. Tę informację należy więc włożyć między bajki.
Powstańcza prasa nagminnie używała słowa „Tygrys” na określenie niemieckich czołgów. Niewielu powstańców dysponowało konkretną wiedzą na temat niemieckiej broni pancernej, więc każdy opancerzony pojazd był dla nich Tygrysem.
W rzeczywistości czołgi typu Tygrys nie brały udziału w tłumieniu Powstania.
Z wyjątkiem jednego epizodu. 31 lipca 1944 roku na stacji kolejowej Warszawa Praga wyładowano pięć Tygrysów, które miały trafić do 3. Dywizji Pancernej „Totenkopf”. Czołgi przejechały przez miasto i zatrzymały się w koszarach na ulicy Rakowieckiej. Czwartego sierpnia Niemcy wysłali je jako osłonę konwoju z rannymi zmierzającego na lotnisko Okęcie. W okolicy placu Narutowicza powstańcy zaatakowali dwa z nich. Jeden spłonął obrzucony butelkami z benzyną, a na drugi spadł słup transformatora zniszczony niecelnym strzałem z pancerfausta. Załoga opuściła pojazd i została wystrzelana przez Polaków. Przy zdobytym Tygrysie postawiono jako wartownika młodego powstańca. Młokos korzystając z nieobecności starszych postanowił przejechać się czołgiem. Wgramolił się do środka, uruchomił silnik i zaczął manipulować drążkami. Koniec końców rozwalił skrzynię biegów i było po Tygrysie. Powstańcy wymontowali z niego karabiny maszynowe, zabrali amunicję i zostawili go. Kilka dni później Niemcy obawiając się zasadzki wysadzili pojazd za pomocą samobieżnej miny.
Pozostałe Tygrysy dojechały na Okęcie i do końca Powstania nie brały udziału w walkach.

 

Ten powstańczy plakat kpił z niemieckich Tygrysów, których w Warszawie... nie było.

Zastąpiły je mniejsze Pantery i cała gama innych opancerzonych pojazdów. Warto dodać, że po stronie niemieckiej walczyło też kilka czołgów T-34 zdobytych na Rosjanach. Stanowiły one wsparcie brygady RONA złożonej z rosyjskich renegatów i dezerterów.
Na krótko przed wybuchem Powstania Kedyw opracował instrukcję walki z czołgami. Instrukcja ta zakładała, że głównym celem ataku na pojazd opancerzony nie powinno być jego zniszczenie, lecz unieszkodliwienie załogi i przejęcie go. Planowano bowiem, że w przypadku zbrojnego zrywu AK-owcy zdobędą kilkanaście czołgów i stworzą od podstaw jednostkę pancerną.
Kilka pojazdów istotnie zdobyto – wśród nich były dwie Pantery, niszczyciel czołgów Hetzer – przemianowany na „Chwata” i wmontowany w barykadę na placu Napoleona oraz dwa półgąsienicowe transportery opancerzone ochrzczone przez powstańców imionami „Szary Wilk” i „Starówka”.
Jak widać – zdobyte pojazdy można było policzyć na palcach jednej ręki i nie odegrały one w Powstaniu znaczniejszej roli.

Niemieckie Pantery na placu Wilsona.

Broni przeciwpancernej powstańcy posiadali jak na lekarstwo. W dniu 1 sierpnia stanowiło ją kilkanaście brytyjskich granatnikow przeciwpancernych PIAT pochodzących ze zrzutów oraz kilka pancerfaustów wykradzionych Niemcom.
Broni tej było zbyt mało, by poprzydzielać ją poszczególnym oddziałom, więc zamiast tego utworzono pluton przeciwpancerny złożony z żołnierzy, którzy potrafili PIATy obsługiwać. W razie potrzeby ten pluton był rzucany na zagrożone odcinki.
PIAT (od Projector, Infantry, Anti Tank) był bardzo dobrą i niezawodną bronią. Jego pocisk kumulacyjny był w stanie zniszczyć każdy pojazd pancerny używany przez Niemców w Warszawie. Dodatkową zaletą była możliwość używania go w małych pomieszczeniach.
Strzał z innego granatnika np. bazooki w małym pomieszczeniu groził poparzeniem strzelca przez odbite od ścian gazy prochowe wylatujące z tyłu.
PIATy były więc jakby stworzony z myślą o powstańcach. Szkoda, że mieli ich tak niewiele…
Dysponowali jednak dużą ilością innej skutecznej broni przeciwpancernej. Wyśmiewane obecnie przez ignorantów butelki z benzyną wzbudzały w Niemcach koszmarny strach. Były niezwykle groźną bronią.
W walce wykorzystywano słabe strony czołgu – małą manewrowość na wąskich ulicach oraz słabą widoczność.
Pantery posiadały dość długie lufy, które mogły podnieść tylko do pewnej wysokości. W wąskiej uliczce warszawskiej Starówki taki czołg był więc praktycznie bezbronny wobec powstańca stojącego na drugim piętrze kamienicy uzbrojonego tylko w butelki zapalające.
Czasem do zniszczenia czołgu wystarczały dwie butelki. Należało rzucać tak, by benzyna dostała się do komory silnika. Wówczas załoga w popłochu uciekała z płonącego pojazdu stając się łatwym celem.
Znacznie prościej przedstawiała się sprawa z transporterami opancerzonymi. Miały one otwarty przedział załogowy, więc wrzucenie do środka butelki z benzyną zamieniało siedzących w nim Niemców w żywe pochodnie.
Powstańcy posługiwali się dwoma rodzajami butelek zapalających. Te prostszej konstrukcji były wypełnione tylko benzyną i zatkane kawałkiem szmaty, którą tuż przed rzutem podpalano. Butelki bardziej udoskonalone zawierały mieszankę benzyny i kwasu siarkowego i były oklejone paskiem z cukrem. Po rozbiciu butelki kwas stykał się z cukrem powodując zapłon benzyny. Oba te płyny nie mieszały się ze sobą – kwas jako cięższy spoczywał na dnie butelki. Przed rzutem należało więc nią silnie wstrząsnąć.
Butelki stały się wkrótce groźną bronią psychologiczną – Niemcy bali się zapuszczać transporterami w warszawskie ulice nie chcąc ryzykować bycia spalonym żywcem.

Butelki zapalające były w rękach powstańców niezwykle groźną bronią.

Były także przypadki zaatakowania czołgu przy pomocy miotaczy ognia produkcji konspiracyjnej. 12 sierpnia na ulicy Bielańskiej zaatakowano w ten sposób czołg, obrzucając go jeszcze dla pewności kilkoma butelkami. Załoga nie próbowała się ewakuować i upiekła się żywcem.
Kiedy w połowie września z odsieczą przybyli żołnierze 1. Armii Wojska Polskiego mieli ze sobą radzieckie rusznice przeciwpancerne. Były zbyt słabe, by niszczyć niemieckie pojazdy, ale mogły je poważnie uszkodzić.
W walce z czołgami stosowano również miny domowej roboty – jedna z nich 23 sierpnia rozerwała czołg jadący ulicą Mazowiecką. Wskutek notorycznego braku ładunków wybuchowych stosowano także miny pozorowane, skonstruowane z dużych puszek po popularnym środku czyszczącym – Sidolu.
Czasem powstańcom przychodziły z pomocą siły natury. Sierpień 1944 roku był bardzo upalny. Niemieckie załogi dusiły się pod rozgrzanymi pancerzami i wykorzystywały każdą chwilę, by zaczerpnąć świeżego powietrza. A Polacy tylko na to czekali. 17 sierpnia na ulicy Piłsudskiego powstańczy karabin maszynowy rozstrzelał załogi trzech czołgów, które nie spodziewając się niebezpieczeństwa opuściły pojazdy.
Do niszczenia powstańczych umocnień Niemcy wykorzystywali samobieżne miny – Goliaty. Wyglądały one jak miniaturowe czołgi bez wieżyczki i zawierały od 75 do 100 kilogramów trotylu. Były dobrze opancerzone – okrywające je płyty miały grubość ponad centymetra, więc próby zdetonowania ich przez ostrzał z karabinów lub pistoletów były bezowocne. Miały jednak słaby punkt. Był nim kabel elektryczny łączący minę ze stanowiskiem operatora. Wystarczyło przeciąć go łopatą, siekierą lub za pomocą granatu i Goliat stawał się nieszkodliwy.
Powstańcy szybko nauczyli się jak walczyć z czołgami, ale Niemcy równie szybko opanowali naukę unikania zasadzek. Czołgi nie podjeżdżały pod barykady, lecz zatrzymywały się w odległości 40-50 metrów od nich, poza zasięgiem rzutu butelką. Pojazdy unikały samotnego poruszania się po mieście. Kiedy jeden czołg został zaatakowany butelką z benzyną, drugi podjeżdżał do niego, pochylał lufę i… strzelał tuż nad płonącym pancerzem. Podmuch wystrzału zazwyczaj gasił płomienie.
By chronić pojazdy Niemcy wykorzystywali także żywe tarcze – pędzili przed czołgami kobiety i dzieci. A powstańcy musieli strzelać…
Na ulicy Żabiej Niemcy związali drutem za ręce około 50 mężczyzn i popędzili ten ludzki łańcuch tuż przed nacierającymi czołgami i piechotą, która zza pleców Polaków ostrzeliwała powstańcze pozycje.
Walczące miasto było niezwykle trudnym terenem dla niemieckich czołgów i transporterów opancerzonych. Poprzecinane barykadami i zawalone gruzem ulice ograniczały pole manewru i często stawały się śmiertelnymi pułapkami. Powstańcy potwierdzili tezę, którą zna dzisiaj każdy wojskowy – że „czołg w mieście to czołg zniszczony”.

Przeczytaj także:
„Magda” wyzwala Gęsiówkę
Krwawa niedziela
Karabin przeciwpancerny „Ur”

Źródło:

Paweł Makowiec, Walka z bronią pancerną w Powstaniu Warszawskim 1944 r., Komandos, 30.06.2008.
Stanisław Komornicki, Na barykadach Warszawy, Oficyna Wydawnicza „Rytm”, 2003.